Wydaje mi się, że nie 'przeżywam' naszego ślubu. Oczywiście, trochę się nim interesuję ponad przeciętnie, w końcu jest i ten blog, i forum, i zakupy w różnych zakątkach świata. Niemniej jednak nie mam wrażenia bym się denerwowała, stresowała, miała jakieś lęki czy obawy. Nie obgryzam paznokci, nie tracę na wadzę, nie rwę sobie włosów. Zajmuję się przygotowaniami dużo i pewnie więcej niż średnia krajowa, ale to dlatego, że mi to sprawia przyjemność, i dlatego, że czas mi na to pozwala. Moje znaczne zaangażowanie w organizację i szykowanie odbieram jako wynik przyjemności jaką mi to wszystko sprawia, nie obsesji, czy przeżywania.
Aczkolwiek, miałam swój pierwszy przedślubny koszmar, który ewentulanie mógłby temu przeczyć :) Śniło mi się, że nadszedł czas odbioru sukni i że otworzyłam opakowanie dopiero w domu, gdzie ku mojemu wielkiemu zdziwiniu znalazłam strój, który tylko trochę przypominał zamówioną suknię (!!!)
Otóż suknię, którą zobaczyłam wewnatrz, trudno w ogóle nazwać ślubną. Była granatowa, krótka, z innego (gorszego) materiału niż zamówiona, oraz nie w moim rozmiarze!
Ale model faktycznie wyglądał bardzo podobnie, i gdyby zastąpić właściwym kolorem, długośią, rozmiarem i tkaniną, to suknia byłaby identyczna jak zamówiona haha.
Może jednak podświadomie trochę się stresuję...tylko o tym nie wiem:)
Z drugiej strony, sen ten też łatwo wytłumaczyć. Dzień przed telefonowałam do salonu pytająć się czy już wiadomo coś odnośnie daty odbioru (obecnie mam bliżej nieokreślony początek czerwca). Niestety poinformowano mnie, że wciąż widnieje jedynie wzmianka o czerwcu i powiedziano, że ewentulanie w połowie kwietnia mogą wiedzieć więcej. Link pomiędzy rozmową telefoniczną a snem jest więc oczywisty:) Jednak, wcale nie odczuwałam zmartwienia, stresu ani nawet irytacji po otrzymaniu wiadomości. Zdawało mi się, że przyjęłąm ją neutralnie więcej jej nie roztrząsając... Podświadomość widocznie temat wałkowała...;)